Moja historia w fabryce bmw zaczyna się jak większość wyjazdów za granicę w poszukiwaniu pieniądza. Problemy finansowe, nieudana inwestycja, brak perspektyw w Polsce.
Nie przyjechałem tutaj dlatego, że chciałem, tylko dlatego że musiałem, jak większość ludzi których tu spotykam. Ale źle nie trafiłem :)
Pewnego dnia coś we mnie pękło i dosyć miałem użerania się z klientami, problemów finansowych, stresów itp itd.... Postanowiłem poświęcić jeden, dosłownie jeden dzień na szukanie pracy za granicą. Zredagowałem CV i zacząłem szukać w sieci.
Pierwsze co mnie zaskoczyło to ogrom ofert. Pracownicy niewykwalifikowani na taśmę produkcyjną, budowlanka, pracownicy fizyczni, kierowcy, spawacze, wózki widłowe, magazynierzy. Dosłownie prawdziwe eldorado.
Ale prawda jest taka w 90% przypadków to nikt nie odpowie na ogłoszenie, nie można się dodzwonić, albo mówią że nieaktualne. Pozostałe 5% to oszuści typu: wyślij 50 zł a my wyślemy Ci ankietę po której NA PEWNO dostanie Pan pracę... Oczywiście jedyne co będziesz mieć to przekaz w ręku wysłany na skrzynkę pocztową albo osobę prywatną. A więc złudzenie, że ofert jest wiele szybko minęło.
Wysłałem ok 10-20 CV drogą e-mail zadzwoniłem w kilkanaście miejsc. Odbyło się parę konkretnych rozmów, ale wszyscy kazali czekać na telefon...
Aż w końcu ktoś zadzwonił po tygodniu... Czy jestem gotowy do wyjazdu? I czy mogę być w poniedziałek rano w hurtowni części samochodowych koło Monachium, praca na magazynie... Ludzie, był czwartek. A miałem do piątku dać odpowiedź czy jadę. Ok, zrobiłem przegląd w aucie, pozałatwiałem wszystkie sprawy i czekałem w piątek aż zadzwonią ponownie. Po południu próbowałem oddzwonić, ale nic z tego nikt nie odbiera. No to ładnie napaliłem się już na wyjazd, jeszcze tylko ostatnie zakupy, a pracy nie ma.
Tego samego dnia (piątek) zadzwoniła do mnie inna firma. Mam się stawić w fabryce BMW w Dingolfing (koło Monachium), na poniedziałek na godzinę 7 rano, a o 13.30 mam iść do pracy. Zbieg okoliczności, byłem praktycznie gotowy do wyjazdu.